Siarczysty mróz uderzył w ostatnie niezakryte części mojej twarzy natychmiast po otwarciu drzwi wyjściowych. Choć w zasadzie uderzył dużo wcześniej, gdy okazało się, że okna mojego mieszkania pokrywa lód. Oto właśnie zima w Kanadzie.
Ruszam więc na poranną zmianę i już po kilku krokach po śliskich drewnianych schodach czuję się, jakby ktoś wbijał mi cienkie szpilki w twarz. To mój stały tutejszy przyjaciel – wiatr. Czasami przynosi 10 stopni w środku stycznia, a czasami – tak jak dziś obniża odczuwalną temperaturę z -39 do -48 stopni Celsjusza.
Szczęśliwie do hotelu, w którym pracuję mam ledwie 5 minut spacerkiem, więc docieram bezpiecznie, choć z zamarzniętymi rzęsami i lekkim kaszlem, który wynika z nadmiaru mroźnego powietrza.
Mimo wszechobecnego chłodu towarzyszy mi ekscytacja, bo historie o polskiej zimie stulecia i takich temperaturach dotychczas znałem tylko z opowieści dziadków, a moim najbardziej ekstremalnym zimowym przeżyciem było zamknięcie podstawówki, gdy temperatura spadła do –25 stopni.
Na zdjęciu poniżej zima w Kanadzie, w miasteczku Banff. Widok z góry Tunnel Mountain.

GÓRSKIE PORY ROKU
W miasteczku Banff, które jest stolicą najstarszego Parku Narodowego Kanady o tej samej nazwie pierwszy śnieg po letniej przerwie spadł 22 października – według miejscowych to i tak późno. Nie były to bynajmniej symboliczne 2 czy 3 centymetry, a pełnoprawna śnieżyca, która sprawiła, że poranek był jak z każdego świątecznego filmu.
Swoim znajomym Banff opisuję w uproszczeniu jako „kanadyjskie Zakopane”, choć bardziej uporządkowane i uwaga – jeszcze droższe. Kiedy budowniczowie Kolei Pacyficznej natknęli się w tym miejscu na gorące źródła, postanowili rozpocząć działalność turystyczną, tworząc jeden z najstarszych dzisiaj górskich kurortów w Kanadzie. Z pewnością nie mogli przewidzieć, że 150 lat później to miejsce odwiedzać będzie 4,5 miliona ludzi rocznie.
Nie bez powodu – wspaniałe góry sięgające 3000 metrów, rzeka i jeziora o nienaturalnych wręcz odcieniach błękitu oraz dzika zwierzyna, którą można zobaczyć na każdym kroku. To wszystko sprawia, że kolejka chętnych w zasadzie się nie kończy – czasami dosłownie, kiedy ta do zdjęcia z ikonicznym napisem Banff na wjeździe do miasta wynosi kilkaset metrów.
Przez krótki okres lata Banff bywa trudne – przepychając się przez główny deptak (tylko latem udostępniony dla pieszych) śpiesząc się na zakupy czy spotkanie ze znajomymi ma się serdecznie dość turystów, choć to dzięki nim mogłem bez problemu znaleźć tu pracę i szczycić się przez jakiś czas mianem „lokalsa”.
Wszystko zmienia się jednak wraz z połową września. Kiedy po lecie przychodzi krótka, lecz oszałamiająca jesień – gdy w górach śnieg spotyka się z żółtymi odcieniami spadających liści, a niedźwiedzie stają się coraz częściej widoczne, zaopatrując się w kalorie na zimowy sen. Turystów ubywa z dnia na dzień i w pewnym momencie nagle orientujesz się, że na ulicach widzisz już prawie tylko znajome twarze – ot, jak to w małym, spokojnym miasteczku.
Jesień jest świetnym czasem na odwiedziny Banff – jest dużo luźniej, taniej, a równie pięknie. Nigdy jednak nie wiadomo, kiedy zastąpi ją zima, która często pojawia się szybko i niespodziewanie. Wówczas dla mieszkańców przychodzi czas dostosowania się do nowej rzeczywistości.
CO ROBIĆ W -15?
Przez większość zimy temperatura jest na delikatnym minusie, a czasami dochodzi nawet do dwucyfrowych temperatur na plusie. Górskie miasteczko zawdzięcza to Chinookowi – w języku miejscowych Pierwszych Narodów oznacza on „pożeracza śniegu”, ponieważ przynosi wysokie dodatnie temperatury podczas mroźnych miesięcy.
Kiedy przychodzi Chinook ulice Banff stają się jedną wielką kałużą. Chinook niemalże pokrzyżował plany organizatorom Igrzysk Olimpijskich w Calgary w 1988, podczas których część konkurencji odbywała się w Górach Skalistych – np. biegi narciarskie czy biathlon. Podczas mojego pobytu Chinook zniszczył starania wielu artystów, którzy wystawili swoje śnieżne rzeźby podczas corocznego SnowDays Festival.
Wystawa jest tylko częścią tego zimowego festiwalu, podczas którego organizowane jest mnóstwo wydarzeń. Jednym z moich ulubionych jest pokaz skijoringu – jest to dyscyplina sportu polegająca na wyścigach narciarzy ciągniętych przez zwierzęta. Wariant tego sportu odbywający się na głównej ulicy Banff polega na narciarskich akrobacjach i skokach uczestników, którzy za pomocą liny są ciągnięci przez jeźdźców na koniu. Prędkość i akrobacje narciarzy robią piorunujące wrażenie i przyciągają setki obserwatorów. Pracownicy dostają nawet kilka minut przerwy w pracy, aby móc podziwiać to niecodzienne doświadczenie.
Ta wystawa to świetny symbol jak mieszkańcy kraju klonowego liścia radzą sobie w tak ciężkim klimacie. Po prostu ubierają się ciepło i korzystają z życia tak jakby temperatury osiągały dwucyfrowe wartości… ale na plusie. Jeziora czy bajorka zamieniają się w lodowiska, gdzie dzieci walczą o miano nowego Wayne Gretzkiego (to dla wielu Kanadyjczyków najwybitniejszy rodak w historii), a starsi starają się w tym im pomóc dając cenne wskazówki. Szlaki do nart biegowych zapełniają się nie tylko turystami, a karnety na stoki na cały sezon ze zniżką dla “lokalsów” sprzedają się jak świeże bułeczki.
Mimo tego, że Kanadyjczycy starają się być aktywni w trakcie surowej zimy to zdarzają się dni kiedy temperatura spada poniżej -30 stopni. Przede wszystkim każdy zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, które niosą ze sobą takie temperatury. Mieszkańcy wyciągają z dna szafy swoje najcieplejsze ubrania, czapki, buty. Sklepy z futrami przy Banff Avenue przeżywają swój renesans – popularne są zwłaszcza wśród przybyszy z ciepłych regionów – np. Kalifornii, którzy nie do końca zapoznali się przed przyjazdem z prognozą pogody. Choć w samym Banff, nie ma powszechnego problemu z bezdomnością, z jakim zmagają się inne miasta Kanady – np. Vancouver, to jednak i tam mieliśmy lokalnego bezdomnego. Społeczność miasteczka jednoczy się jednak w takich chwilach – tym razem lokalna fryzjerka postawiła mu kilkudniowy pobyt w moim hotelu. Ciekawostka – nigdy wcześniej ani później nie przyszło mi sprzątać tak czystego i zadbanego pokoju. W takich temperaturach nawet stoki narciarskie są zamykane, a miasteczko pustoszeje – choć nadal sporo lokalnych mieszkańców wychodzi na krótkie spacery.
W takie dni nawet zaprawieni w boju mieszkańcy niechętnie wychodzą z domu, a kurorty narciarskie zamykają swoje bramy. To chyba najcięższe dni zimy – wówczas pozostaje już tylko schronić się przy kominku i obserwować za oknem padający śnieg.
Pomimo tego, że zima w Banff trwa ponad pół roku i po pewnym czasie staje się męcząca, to pozwala doświadczyć czegoś naprawdę wyjątkowego – nie tylko pod kątem pogody, ale również zachowania lokalnych mieszkańców, od których można uczyć się dostosowywania do panujących warunków.


No responses yet